Grudzien 22, 2010 przez
Keď sme boli malí, Jožo a ja, boli sme ako dvojičky. Zvedaví, živí a vymýšľajúci nestvorené veci nezbedníci. Určite sme rodičom robili starosti. Mama, tá naše „zásluhy“ a problémy riešila na mieste vlastnou rukou. Ja som sa v sebaobrane snažil pohotovo nastrčiť svoje špicaté lakte a efekt bol opačný. Z rodičovskej výuky som vychádzal bez plaču, naproti tomu mama nejaký čas trepotala rukou, určite z bolesti. Moja taktika nebola však trvácna. Podnes si pamätám moment, keď ma prekukla. Bolo to akurát pri šporáku. Jednou rukou sa zahnala, aby ma odmeniť za nezbednosť a keď som použil svoj fortel, bleskurýchle chytila druhou rukou poleno, ktoré pliesklo o môj nechránený zadok. Pamätám si tiež, že to bola účinná výchova.
Otec, ten išiel na vec ináč. Samozrejme remeň bol niekedy v robote, ale zriedka. Uprednostňoval radšej psychológiu. Jedná z mnohých príhod sa odohrala vo štvrtok, a bol to čas, keď Lapše patrili k Poľsku. Každý štvrtok sa v Nowom Targu konal jarmok. Hoci sme boli malí, uši sme mali dobré a veľa zaujímavých vecí zachytili. Strašne sme boli zvedaví ako to tam všetko funguje a na vlastné oči sme sa chceli o tom presvedčiť.
Istý jarmočný štvrtok otec bol vychystaný, voz pripravený, len koňa zapriahnuť. My sme si vzali do hlavy, že pôjdeme s ním. Ešte pred otcom sedeli sme na voze, samozrejme na zadnom sedadle, ktorým bola slamená otiepka. Otec mal problém, ani podobrotky, ani pozlotky nás z voza nemohol pohnúť. Napokon povedal: „Počúvajte galgani, nech vám bude, môžete so mnou ísť, ale pri Floriánovi, v tých dolkoch žije džod (žobrák). Má špinavé fúzy a bradu, roztrhané šaty a veľký hrčovatý kyjak. Ten keď zbadá na voze deti, ihneď voz zastaví a deti musia mu splniť jedno želanie.” „Tak čo? Splníme a pôjdeme ďalej!“ zašomral Jožo. Zimomriavky mi prebehli po chrbte, ale zo zvedavosti som sa spýtal aká je to podmienka. „Poviem vám to, aby ste dopredu vedeli, lebo potom už bude neskoro plakať. Jemu neutečiete ani sa nikde neskryjete, on vás všade najde a dolapí.“
Po veľavravnej pauze otec pokračoval: „Po týchto špinavých fúzoch a polepenej brade mu tečiu z nosa smarky (sople) a vy mu to musíte zlízať”. Ani to dobre nedopovedal a my sme boli z voza preč. Od toho času sme o jarmoku nechceli ani počuť.<br>
Recepty wychowawcze
Kiedy byliśmy jeszcze mali, Józek i ja, byliśmy jak bliźniaki. Ciekawe wszystkiego, żywe jak srebro i wymyślające niestworzone rzeczy łobuziaki. Zapewne przysparzaliśmy rodzicom sporo kłopotów. Mama nasze „zasługi“ i problemy rozwiązywała na poczekaniu, własną ręką. Ja w obronie starałem się szybko nadstawić kościste łokcie i efekt był odwrotny. Z edukacji rodzicielskiej wychodziłem bez płaczu, natomiast mama przez jakiś czas potrząsała ręką, zapewne z bólu. Moja taktyka nie była jednak trwała. Do dziś pamiętam moment, w którym mnie przejrzała. Było to akurat przy kuchni. Jedną ręką zamierzyła się, aby mnie wynagrodzić za psotę i kiedy zastosowałem swój fortel, błyskawiczne chwyciła drugą ręką polano, które klasnęło o mój niechroniony tyłek. Pamiętam też, że było to skuteczne wychowanie.
Ojciec, ten podchodził do sprawy inaczej. Oczywiście pas był czasem w robocie, ale rzadko. Stosował przede wszystkim psychologię. Jedna z licznych przygód odegrała się w czwartek, a był to czas, kiedy Łapsze należały do Polski. Każdego czwartku w Nowym Targu odbywał się jarmark. Chociaż byliśmy mali, uszy mieliśmy dobre i wiele ciekawych rzeczy zarejestrowały. Ciekawość nas zżerała jak to tam wszystko funkcjonuje i na własne oczy chcieliśmy się o tym przekonać.
Pewnego czwartku ojciec wyszykował siebie i wóz, tylko konia zaprząc. My wbiliśmy sobie do głowy, że pojedziemy z nim. Jeszcze przed ojcem siedzieliśmy na wozie, oczywiście na tylnim siedzeniu, którym była ociepka słomy. Ojciec miał problem, w żaden sposób nie udało mu się ruszyć nas z wozu. W końcu powiedział: „Słuchajcie gagatki, niech wam będzie, możecie ze mną pojechać, ale przy Florianowi, w tych dołkach żyje dziod. Ma on brudne wąsy i brodę, potargane ubranie i wielki sękaty kij. Jeśli tylko zauważy na wozie dzieci, natychmiast wóz zatrzyma i dzieci muszą mu spełnić jedno życzenie.” „Więc co? Spełnimy i pojedziemy dalej!“ mruknął Józek. Ciarki mi przeszły po grzbiecie, ale z ciekawości zapytałem jaki to będzie warunek. „Powiem wam to, abyście do przodu wiedzieli, gdyż potem już będzie za późno na płacz. Jemu nie uciekniecie ani się nigdzie nie schowacie, on was wszędzie znajdzie i złapie.“
Po wymownej pauzie ojciec kontynuował: „Po tych brudnych wąsach i posklejanej brodzie ciekną mu z nosa smary i wy mu je musicie zlizać”. Nawet to dobrze nie dopowiedział i już nas nie było na wozie. Od tego czasu o jarmarku nie chcieliśmy ani słyszeć.
<a href="http://www.lapszewyzne.com/index.php?do=/fero/">Napisal fero</a> <br>
Na język polski przetłumaczył Janek
krzysik krzysztof
Witam panie fero.jak byłem mały to babka od skorupki tę BAŚŃ mi opowiadała....ALE po polsku.Ja urodziłem się w ŁAPSZACH WYŻNYCH.ale nie czuję się słowakiem./////JA JESTEM POLAKIEM'''.Za POLSKĘ oddał bym życie nie tak jak ty''.sloweński amerykanie.///
krzysik krzysztof
Dziękuję panie Janku że pszetłumaczył pan na język POLSKI.