Wrześn 6, 2010 Przez:

Polityka - nr 12 (2393) z dnia 2003-03-22; s. 3-8

Raport / Ziemia niczyja

Wojciech Markiewicz

Jak dopłacić do picka?

Polska ziemia żywicielka jest poszatkowana na miliony sznurów, warkoczy, prętów albo i picków – różnie to rolnicy nazywają w zależności od regionu. Tak naprawdę mało kto wie, co jest czyje, skoro w 70 proc. przypadków sprawa własności jest z prawnego punktu widzenia niejasna, a 90 proc. dzierżaw zawarte zostało na gębę. Wywalczyliśmy, że Unia Europejska ma dopłacać polskim rolnikom do hektara. Do hektara – zgoda. Ale do pręta i picka?

Pierwsze dopłaty z Unii Europejskiej i rodzimego budżetu polscy rolnicy mają dostać już w przyszłym roku. Wcześniej trzeba wyjaśnić, czyje pole do kogo należy, czyli uregulować prawnie własność ziemi i zalegalizować umowy dzierżawy. Dopiero wówczas te dane można będzie wprowadzić do powstającego w bólach IACS, czyli Zintegrowanego Systemu Zarządzania i Kontroli. Czy machinie informacyjno-geodezyjno-sądowo-informatycznej uda się to wszystko przeprowadzić w kilkanaście miesięcy? Wątpliwe.

Ziemia podzielona

Dla mnie gazdówka to hobby – powiada Jan Gryglak, lat 28, ze wsi Łapsze Wyżne w gminie Łapsze Niżne w powiecie nowotarskim. Przed rokiem, po siedmiu latach pobytu w Stanach Zjednoczonych, wrócił do Polski, bo mu się w Ameryce nie podobało. Gazduje, czyli gospodaruje oficjalnie, a więc zgodnie z gminnymi zapisami, na 22 ha. – Jesienią ojciec dokupił 13 hektarów – mówi. – Ale to jeszcze nie poprzepisywane. 22 hektary były w 115 działkach. W ilu będzie 35 hektarów pola? W pierony tego jest – macha ręką. – Kto by tam zliczył.

Bywa, że pole w jednym pręcie – w innych regionach Polski mówią w warkoczu, w sznurze – ma 30–40 m szerokości i ciągnie się 2–3 km. Bywa, że ma 3 m i ciągnie się kilometr. 80 proc. działek nie ma dojazdu. – Będzie tych kawałków ze 140 – zastanawia się Gryglak. – A może 150?

W gminie Łapsze Niżne i okolicznych nie ma rodziny, w której ktoś nie wróciłby właśnie z Ameryki, nie był tam albo się nie wybierał. Gospodarstwa podzielone są na dziesiątki działek, bo jak zawsze chciała tradycja, ojciec musiał dać każdemu dziecku po trochu. I jak chce tradycja, prawie nikt tej ziemi nie sprzeda. No, chyba że do Ameryki na stałe wyjeżdża. – W Łapszach Wyżnych jest ze 160 gospodarstw – szacuje Jan Gryglak. – Ale ledwie trzech, czterech baców gazduje. Reszta dziaduje. Nikt się nie przykłada. Dzieci komuny takie, co tylko koło sklepu stoją.

Jan Gryglak jest przekonany, że po wejściu do Unii Europejskiej dostanie 500–600 zł dopłaty do każdego hektara. Tak wyczytał w „Plonie” i na tym buduje swoje pozytywne stanowisko w sprawie wejścia do UE. Tyle że jego 150 picek musi zostać najpierw zewidencjonowanych w systemie IACS, tworzonym przez Agencję Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa (ARiMR).

Dotychczasowe poczynania ARiMR nie budzą wielkich nadziei, raczej potężne obawy. Głośno było najpierw na temat kontraktu na budowę systemu, jaki jej władze w 2001 r. podpisały z firmą Hewlett Packard (HP). Był za drogi. Na przykład za sam „projekt pozyskania zasobów ludzkich” dla IACS zażądano 1 mln euro, za „koncepcję zakupu 300 samochodów” dla ARiMR – 500 tys. euro (– Za tysiąc złotych sam bym to zrobił – twierdzi Dariusz Panasiuk, rzecznik ARiMR). Wszystko to zatwierdzał odwołany po zwycięstwie koalicji SLD–PSL prezes ARiMR i rzecz jasna włos mu z głowy nie spadł. Wielokrotnie opisywano kłopoty, jakie miała Agencja z ogłoszeniem, a potem rozstrzygnięciem przetargów na zakup kolczyków do oznakowania zwierząt, sprzętu do kolczykowania, samej usługi kolczykowania, na wydrukowanie i dystrybucję tzw. paszportów zwierzęcia zastąpionych później zaświadczeniami. Dzisiaj ponad 80 proc. zwierząt jest oznakowanych. I to jedyne, co w ramach IACS zostało zrobione. Tak samo trzeba teraz przeprowadzić ewidencję polskiej ziemi.

System bowiem (który składa się z centralnego serwera, 315 końcówek w biurach powiatowych i łącz) musi być wyposażony w program, by nie tylko rejestrować i identyfikować działki rolne, lecz także wykrywać wnioski o dopłaty, w których zadeklarowano zbyt dużą powierzchnię upraw, wyłapywać kilka wniosków dotyczących jednej działki oraz typować te, które będą kontrolowane w terenie.

Jak rozsupłać owe wszystkie sznury i warkocze splątane przez historię?

Ziemia zreformowana

Po reformie rolnej PKWN w 1944 r., z której wynikła dzisiejsza koszmarna struktura ziemi (powstało 1,5 mln drobnych gospodarstw), nie udała się kolektywizacja. W czasach PRL pozorowano rozwiązania. Edward Gierek zlikwidował obowiązkowe dostawy, dał chłopom akty własności ziemi, emerytury za ziemię, tanie albo bezzwrotne kredyty i możliwość kupienia traktora. Nie mogły jednak powstawać wielkie gospodarstwa indywidualne, gdyż władza ciągle wierzyła, że przyszłością są spółdzielnie produkcyjne i państwowe gospodarstwa rolne.

Po 1989 r. zostawiono rolnika gospodarce rynkowej. Z wielkich budów socjalizmu odesłano na wieś 600 tys. chłoporobotników. Na przechowanie. Oni pierwsi, przy zwolnieniach grupowych, tracili pracę. Na wsi mieszka dzisiaj milion zarejestrowanych bezrobotnych i drugi milion niezarejestrowanych.

– Ziemia przestała być źródłem dochodów, awansu, niezależności – twierdzi dr Barbara Fedyszak-Radziejowska, socjolog wsi. – Ziemia jest dzisiaj dla wielu sposobem na przetrwanie, ostatnią deską ratunku, bo gospodarstwo rolne nie bankrutuje, inaczej niż firma.

Potwierdzają to wyniki badań. W 1997 r. 40 proc. wiejskich respondentów deklarowało, że gdyby nadarzyła się okazja, to sprzedaliby swoją ziemię. W 2002 r. było ich o połowę mniej – 20 proc. Więcej niż połowa ponadjednohektarowych gospodarstw rolnych w Polsce produkuje wyłącznie na własne potrzeby, nie sprzedając niczego na rynek.

Ziemia licha

W dokumentach Unii Europejskiej dotyczących Wspólnej Polityki Rolnej ziemię nazywa się po prostu warsztatem. Ten warsztat, jak każda inna mała lub duża firma, ma przynosić zyski. Trzeba przy jego prowadzeniu robić biznesplany; liczyć koszty, nakłady pracy, dochody – robić bilans. Zróbmy więc taki bilans warsztatu pracy polskich rolników.

Użytkują oni 60 proc. powierzchni kraju – 19 mln ha gruntów. Przeważają (74,4 proc. powierzchni) gleby słabe i średniej jakości.

Warsztat ten jest, jak nigdzie w Europie Zachodniej i Wschodniej, rozdrobniony. Na obszarze ok. 19 mln ha gruntów jest ok. 3 mln gospodarstw rolnych. Różne instytucje podają różne dane: od 18,4 do 19,2 mln ha i od 2,9 do 3,1 mln gospodarstw. (Jeśli nawet tak podstawowe dane nie są szefom od rolnictwa jeszcze znane, to ciarki przechodzą na myśl, co się dzieje z budową systemu informatycznego IACS).

Dopłaty z Unii dostaną właściciele gospodarstw o powierzchni powyżej 1 ha, a tych jest w Polsce ok. 2 mln. Średnio gospodarstwo takie ma 8–8,5 ha użytków rolnych (w UE – 19,4 ha).

Te 2 mln gospodarstw poszatkowane jest na ok. 20 mln działek. Przykład gminy Łapsze Niżne jest wyjątkowy, niemniej przeciętne polskie gospodarstwo to 10 kawałków, często spłachetków.

Na takich kawałkach ziemia słabo rodzi: o połowę mniej zbóż, ziemniaków i owoców niż w krajach Unii i – z grubsza licząc – o jedną trzecią mniej rzepaku, buraków cukrowych oraz warzyw. Ekonomiczną miarą wielkości gospodarstw jest wytwarzana przez nie tzw. nadwyżka bezpośrednia. Aż 96,1 proc. wszystkich gospodarstw w Polsce to gospodarstwa bardzo małe i małe, wypracowujące nadwyżkę poniżej 9,6 tys. euro rocznie (w UE jest ich 38,6 proc.). Gospodarstwa średnie to 3,7 proc. (w UE – 43,5 proc.), duże i bardzo duże stanowią 0,15 proc. (w UE – 17,9 proc.) „W żadnym kraju UE – czytamy w „Raporcie o stanie wsi polskiej w 2002 r.” sporządzonym przez Fundację na Rzecz Rozwoju Polskiego Rolnictwa – nie ma tak dużej dekoncentracji potencjału wytwórczego gospodarstw rolnych mierzonego ich wielkością ekonomiczną”.

Autorzy są zdania, że areał odłogów i ugorów w Polsce (1,7 mln ha) jest w rzeczywistości większy: „zwłaszcza w obrębie użytków zielonych w związku ze zmniejszeniem się pogłowia zwierząt gospodarskich i mniejszym zapotrzebowaniem na pasze”. Jest to efektem „nieuregulowanej sytuacji prawnej własności ziemskiej, likwidacji gospodarstw państwowych i powolnej reprywatyzacji gruntów przejętych przez Skarb Państwa”.

Ziemia bez wpisu

W takim półuśpieniu jest gospodarstwo, którym opiekuje się Jan Kalata, 70 lat, z Łapszy Wyżnych. Niespełna 15 ha (135 działek) syna, który rok temu wyjechał do USA z żoną i trójką dzieci. W 1992 r. Kalata podzielił swoje dziewiętnastohektarowe gospodarstwo tak, że dwóm córkom dał po 5 ha, a synowi 9 ha. Potem syn dokupił prawie 6 ha i ma tej ziemi dokładnie 14,77 ha. Syn przysyła z Ameryki pieniądze na podatek, ale jego rodzice trzymają jedynie 3 krowy i dwa świniaki. – Lata swoje mamy, pola nie obrobimy – tłumaczy z żalem Irena Kalata. – Zostawił syn traktor, jest kosiarka, ale mąż nie umie jeździć.

A czy Jan Kalata pamięta, gdzie jest każda ze 135 działek? – Pamiętać, to pamiętam, bo jakże inaczej bym tam trafił? – obrusza się.

Jednak ani Jan Gryglak, ani Kalatowie to nie rekordziści. Na przykład na ok. 200 działek dzieli się ledwie sześciohektarowe gospodarstwo w sąsiedniej wsi Trybsz. – Właściciel zamknął dom i wyjechał z rodziną do USA – twierdzi Anna Błaszczyk, właścicielka Biura Mierniczego Parcela w Trybszu. – Gospodarstwo w 80–90 działkach to norma w tej okolicy.

Często przy tym jedna działka należy do kilku właścicieli: – Ma w rejestrze jeden numer, żeby dalej notarialnie tego nie dzielić – wyjaśnia Jan Bizub, sołtys Trybsza.

Gdy w 1944 r. chłop dostał ziemię, nie płacił za nią, więc nie do końca wierzył, że pole jest jego. Wkrótce pojawiły się ograniczenia w obrocie ziemią; tą z reformy nie wolno było handlować ani przekazywać dzieciom wedle uznania. Dziedziczyć mogli tylko ci, którzy zostawali na wsi. Kwitł więc nieformalny obrót gruntami, tak że już w końcu lat 60. państwo nie wiedziało, co i kto ma.

Władza usiłowała rozsupłać ten węzeł, wydając w 1971 r. ustawę o uregulowaniu własności gospodarstw rolnych. Kto 4 listopada 1971 r. siedział na gruncie, ten stawał się jego właścicielem. Akty własności wydawali naczelnicy powiatów. Jednak w 1975 r. zniesiono powiaty i sprawy przejęli naczelnicy gmin. Oni oraz gminne służby geodezyjne byli jednak nieprzygotowani do tej pracy. Mnożyły się pomyłki, wiele aktów wystawiano na te same działki. Niektóre z tych spraw ciągną się w sądach do dzisiaj.

Od 1982 r. o własności ziemi orzeka sąd rejonowy na rozprawie. Notariusze odzyskali pełnię kompetencji; każdy akt własności powinien skończyć się wpisem do księgi wieczystej. Ksiąg tych, potwierdzających wszystkie typy własności jest dzisiaj w Polsce ok. 12 mln. Z niektórych aktów wynika, że i osoby nieżyjące „są w stanie posiadania”. W Ministerstwie Rolnictwa wymyślono więc, że tymczasowo własność ziemi i dzierżawę będą poświadczać wójtowie lub burmistrzowie. Szykuje się więc nowy bałagan. Leszek Zabielski, prezes Krajowej Rady Notarialnej: – Jeśli Unii nie wystarczy akt własności z 1971 r. lub poświadczenie wójta, to z dopłatami będzie kłopot. Trzeba bowiem wykazać, że stan posiadania równa się stanowi własności. A ten warunek spełnia tylko księga wieczysta. Ona jest najważniejszym tytułem własności.

Od kilku lat Krajowa Rada Notarialna proponuje więc utworzenie powiatowych urzędów ksiąg wieczystych w osobie np. pisarza hipotecznego: – Taki urząd odciążyłby sądy, bo przecież nie z każdym poświadczeniem dziedziczenia trzeba iść do sądu. Tam trafiałyby tylko sprawy sporne – powiada prezes Zabielski.

70 proc. użytkowników ziemi – zdaniem Zabielskiego – nie ma wpisu do księgi wieczystej. Najczęściej wygląda to tak: kilka lat temu zmarł ojciec zostawiając ziemię dwóm córkom. Hanka wzięła hektary pod lasem, Baśka za stodołą. Na sąd i notariusza nie było ani czasu, ani pieniędzy. We wsi wszyscy wiedzą, że ta ziemia pod lasem to Hanki, a za stodołą Baśki. W świetle prawa ani Hanka, ani Baśka ziemi nie ma. Nie dostaną więc dopłaty.

W tej sytuacji siostry będą musiały zwrócić się do biura mierniczego o sporządzenie map. Cena jest umowna i zależy od liczby działek – od 10 do 30 zł za każdy numer działki. Jeśli siostry mają do podzielenia średnie w Polsce gospodarstwo (8,5 ha) ze średnią w Polsce liczbą działek (10) zapłacą za dwie mapy po 150 zł. Sąd zwolni je z 2-proc. opłaty skarbowej, ale zapłacą 1,6 proc. od wartości gospodarstwa opłaty sądowej i 1 proc. opłaty notarialnej plus 22 proc. VAT od opłat. Jeśli przyjąć, że cena ich ziemi jest średnią krajową – 5200 zł za ha (7–10 razy taniej niż w UE), to gospodarstwo jest warte 44,2 tys. zł. Opłata sądowa wyniesie więc 707 zł, notarialna 442 zł, razem 1149 zł plus 22 proc. VAT, czyli 1402 zł.

Notariaty nie zaobserwowały jednak wzmożonego ruchu. – Przeciwnie. Odnotowujemy raczej ucieczkę kancelarii notarialnych do większych miast – twierdzi prezes Zabielski.

Ziemia dzierżawiona

Jan Bizub, sołtys Trybsza, ma 3,5 ha w 40 kawałkach. Część ziemi leży odłogiem, część ludzie dzierżawią: – Za darmo – mówi sołtys – bo przynajmniej ziemia nie ugorzeje. A gdy dzierżawca uczciwy, to i butelkę postawi.

W 1991 r. Bizub otworzył zakład stolarski, z tego żyje. Z 3,5 ha w 40 kawałkach, to choćby ręce zdarł, nie wyżyje. Ziemia tu słaba, V–VI klasa. W jedną stronę do dalekich działek 5–6 km. Trzy działki ma w sąsiedniej gminie. Tylko ten, kto nie ma innego wyjścia, musi w ziemi robić. W lecie do roboty nawet do Warszawy, na budowę, na miesiąc czy dwa jedzie. Żeby na ropę do ciągnika zarobić.

W Polsce najczęściej użycza się ziemię sąsiadowi lub komuś z rodziny bez aktu notarialnego. W myśl zasady „u mnie słowo droższe od pieniędzy” nie spisuje się żadnych umów. – Skoro w Unii gospodarstwo rolne traktuje się jak przedsiębiorstwo – twierdzi Marian Brzóska, ekspert senackiej komisji rolnej – to nie może być tak, że kto inny płaci podatki za ziemię, a kto inny ją użytkuje. Ewidencja podatkowa tu nie wystarczy.

W Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa nikt nie ma pojęcia, ile ziemi, gdzie i kto w Polsce dzierżawi. Wiadomo jedynie, że za pół litra albo za podatek. Nie wiadomo, jak rozliczane będą wspólnoty użytkowania łąk i pastwisk, funkcjonujące wzdłuż większości polskich rzek.

Nietrudno przewidzieć, że – tak jak w całej Europie, tak i u nas – będą też próby wyłudzania dotacji. Szachrować próbowali farmerzy hiszpańscy; sadzili drzewka oliwne z plastiku. Na tych praktykach, wykrytych dzięki zdjęciom satelitarnym i urządzeniom, które potrafią odróżnić roślinę żyjącą od sztucznej, Hiszpania straciła setki milionów euro. – Kilka procent gospodarstw z dopłatami będzie badanych przez kontrolerów z Unii – objaśnia Marian Brzóska. – Jeśli oni stwierdzą, że np. w jednej trzeciej badanych gospodarstw są nadużycia, to nie tylko rolnik na trzy lata zostanie pozbawiony pomocy, ale Unia obetnie Polsce dopłaty o tę właśnie jedną trzecią. I wtedy powstanie luka w budżecie.

Ziemia przeludniona

Polski rolnik przedunijny musi zatem własność swojej ziemi ustalić, musi mieć ją precyzyjnie zarejestrowaną. Ale to mało. Musi też być ona sfotografowana.

Dla trzech milionów polskich gospodarstw poszatkowanych na 25 mln działek trzeba wykonać mapy. To gigantyczna praca dla geodetów. Wymaga ona informatycznego przetworzenia danych (przy tylu jeszcze niewiadomych), a później wykonania map z dokładnością do pół metra. 40 tys. zdjęć lotniczych trzeba wykonać w skali 1:13 000 dla Polski południowej (tam jest większe rozdrobnienie gospodarstw) oraz w skali 1:26 000. Z tego powstanie mapa w skali 1:5000. Po to, żeby później pracownik każdego z 315 powiatowych biur IACS w Polsce mógł kliknąć i wydrukować mapkę gospodarstwa każdego rolnika objętego systemem z numerami działek i innymi informacjami.

Zdjęcia lotnicze można robić w kwietniu i maju oraz we wrześniu i październiku, o określonych porach (żeby cienie nie zamazywały obrazu) i oczywiście wówczas, gdy niebo jest bezchmurne. Samolotom fotogrametrycznym nie wolno latać nad granicami. Zdjęcia tych rejonów wykona satelita. Koszt tego przedsięwzięcia szacuje się na 700 mln zł. Do pierwszego etapu prac (całość ma być gotowa w 2005 r.) wystartowało (dopiero w grudniu ub.r.) do przetargu 15 firm i konsorcjów.

„Od rozpoczęcia prac nad IACS minęły już trzy lata – pisze Jerzy Przywara w lutowym magazynie „Geodeta” – ale jeszcze pod koniec ub.r. służba geodezyjna nie wiedziała, czego ARiMR rzeczywiście od niej potrzebuje”. W końcu grudnia 2002 r. – ujawnia Przywara – wydano specyfikację istotnych warunków zamówienia i według tego dokumentu termin składania ofert minął... w styczniu 2002 r. W specyfikacji zapomniano też o kilku powiatach. Pomylono się także w tabeli służącej do oceny ofert. Nie podano informacji, ile działek podlega opracowaniu. W dokumentach raz pisze się, że obszary leśne są przedmiotem opracowania, innym razem, że nie. „Jeżeli Agencja nie radzi sobie z przygotowaniem tak elementarnego dokumentu, to strach pomyśleć, co będzie dalej” – podsumowuje Przywara.

Strach pomyśleć nie tylko o tym, co będzie z systemem IACS i dopłatami dla rolników. Już dzisiaj na wsi nazywają je „wiejską kuroniówką” – 1250 euro rocznie na gospodarstwo to zasiłek w wysokości ok. 400 zł miesięcznie. Strach pomyśleć przede wszystkim o tym, że ziemia rolnicza w Polsce jest tak poszatkowana i niedoinwestowana, że nie udźwignie ciężaru godnego utrzymania 34 proc. Polaków, którzy żyją z rolnictwa i przy rolnictwie (w Polsce 19 proc., w UE 4,5 proc. zatrudnionych pracuje w rolnictwie). – Trzeba 10–15 lat wyrzeczeń – ocenia prof. Wiesław Walkiewicz ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. – Musi popłynąć pot, krew i łzy, żeby powstało pół miliona gospodarstw, których właściciele mogliby się nazwać farmerami. Do tego potrzeba ogólnonarodowego programu. Ale gdy salon nie chce się zbliżyć do przaśnej wsi, wówczas do głosu dochodzą populiści.

Do Trybsza, jak się wydaje, nie dotarły na razie ani salony, ani populiści, ani nawet świadomość, że coś z tego wejścia do Europy może dobrego lub złego wyniknąć. Zdaniem sołtysa Bizuba z dopłatami nie będzie znowu takiego wielkiego problemu, ponieważ większość mieszkańców wsi się nimi nie interesuje. Ludzi nie stać, żeby notarialnie przeprowadzić sprawy własności. Unia wymaga, aby nawet nieużytkowana ziemia była w tzw. kulturze, czyli pole raz w roku zaorane, łąka skoszona, i jak wyjdzie, że te koszty będą równe albo przekroczą dopłatę, chłopi zdecydują pewnie, by z dopłat nie korzystać. – Ale żeby zdecydować – zastrzega Bizub – trzeba dokładnie wiedzieć co i jak. A praktycznie żadnych informacji nie ma.

Przychodzą do gminy różne ulotki, plakaty – powiada mgr inż. Antoni Kapołka, wójt gminy Łapsze Niżne. Twierdzi, że to same ogólniki. Na dodatek pisane językiem dla rolnika nieprzystępnym. Nic tam nie ma o tym, jak w kupę zebrać swoje 150 picek.

Wojciech Markiewicz

Dla mieszczuchów

1 hektar= 100 arów = 10 tys. m kw.

Typowe boisko piłkarskie ma 60 arów (100 m x 60 m)

 

Lipc 21, 2010 Przez:
Angielski w łapszańskiej gwarze

Mam świadomość braku niezbędnego warsztatu lingwistycznego, umożliwiającego pogłębioną analizę wływu jednego języka na drugi. Nie chcę też pisać o obecnym wdzieraniu się angielszczyzny do innych języków, szczególnie dzięki dominacji gospodarki amerykańskiej i Internetowi. Chcę jednak wspomnieć o zupełnie prostej sprawie przejęcia cudzej nazwy wraz z zakupem przedmiotu za granicą oraz dostosowania tej nazwy do gwary łapszańskiej. Chodzi o termin funkcjonujący w Łapszach jeszcze do dnia dzisiejszego, czyli o „śkejzy”.
Z tego co mi wiadomo, jest to pierwsze i chyba jedyne słowo przyswojone z języka angielskiego na samym początku XX wieku, tj. ok. roku 1915. Wówczas mój dziadek, nomen omen Jan Gryglak, przywiózł z Ameryki dla 10-letniego syna Stefana rzecz w Łapszach zupełnie nieznaną i szczerze mówiąc do niczego oprócz zabawy nie przydatną. Z braku jakichkolwiek odniesień w słownictwie miejscowej gwary do tego rodzaju przedmiotu, przyjęto termin podany przez dziadka bez zastrzeżeń. Oczywiście odpowiednio go modyfikując dla ułatwienia wymowy. Czyli do słowa „skates”, w poprawnej wymowie angielskiej „skejts”, dodano najpierw zrozumiałą dla wszystkich liczbę mnogą z „y” na końcu. Tak zmodyfikowane słowo „skejzy” też brzmiało nieporęcznie więc zmiękczono początkowe „s” na „ś” i oto mamy zamiast „korčul” lub „łyżew”, piękne łapszańskie „śkejzy”!
Dla ciekawości wspomnę, że obdarowny amerykańskimi śkejzami Stefan, mój ojciec, wykonał dla mnie na przełomie lat 1949-1950 śkejzy z drewna i też była świetna zabawa.
Jan Gryglak
Faltyn

Listopad 19, 2014 Przez:
I apologize that I cannot write in Polish. Last month I visited Lapsze Wyzne, the home of my Griglak ancestors. Several brothers left that town in the early 1900s and settled in America. Walking the streets of the town, I wondered if there might be living relatives after all these years. For some time, they lived in House #90. Before that, the lived in Houses #160 and #109. Of course, that was a long time ago.

Recently, I had a professional genealogy report written for the family, taking it back as far as the mid-1700s. I would be happy to share any information that I have. My grandfather was Antonius Griglak, born 11 January 1883. His parents were Laurentius Griglyak and Catharina Schechovits. He married Aloysia Glovianda of Lapszanka.

It is a beautiful town. I hope to return soon, and further hope that the weather is better so that I can visit the old cemetery where so many ancestors are buried.

Grudzien 22, 2010 Przez:
Keď sme boli malí, Jožo a ja, boli sme ako dvojičky. Zvedaví, živí a vymýšľajúci nestvorené veci nezbedníci. Určite sme rodičom robili starosti. Mama, tá naše „zásluhy“ a problémy riešila na mieste vlastnou rukou. Ja som sa v sebaobrane snažil pohotovo nastrčiť svoje špicaté lakte a efekt bol opačný. Z rodičovskej výuky som vychádzal bez plaču, naproti tomu mama nejaký čas trepotala rukou, určite z bolesti. Moja taktika nebola však trvácna. Podnes si pamätám moment, keď ma prekukla. Bolo to akurát pri šporáku. Jednou rukou sa zahnala, aby ma odmeniť za nezbednosť a keď som použil svoj fortel, bleskurýchle chytila druhou rukou poleno, ktoré pliesklo o môj nechránený zadok. Pamätám si tiež, že to bola účinná výchova.

Otec, ten išiel na vec ináč. Samozrejme remeň bol niekedy v robote, ale zriedka. Uprednostňoval radšej psychológiu. Jedná z mnohých príhod sa odohrala vo štvrtok, a bol to čas, keď Lapše patrili k Poľsku. Každý štvrtok sa v Nowom Targu konal jarmok. Hoci sme boli malí, uši sme mali dobré a veľa zaujímavých vecí zachytili. Strašne sme boli zvedaví ako to tam všetko funguje a na vlastné oči sme sa chceli o tom presvedčiť.

Istý jarmočný štvrtok otec bol vychystaný, voz pripravený, len koňa zapriahnuť. My sme si vzali do hlavy, že pôjdeme s ním. Ešte pred otcom sedeli sme na voze, samozrejme na zadnom sedadle, ktorým bola slamená otiepka. Otec mal problém, ani podobrotky, ani pozlotky nás z voza nemohol pohnúť. Napokon povedal: „Počúvajte galgani, nech vám bude, môžete so mnou ísť, ale pri Floriánovi, v tých dolkoch žije džod (žobrák). Má špinavé fúzy a bradu, roztrhané šaty a veľký hrčovatý kyjak. Ten keď zbadá na voze deti, ihneď voz zastaví a deti musia mu splniť jedno želanie.” „Tak čo? Splníme a pôjdeme ďalej!“ zašomral Jožo. Zimomriavky mi prebehli po chrbte, ale zo zvedavosti som sa spýtal aká je to podmienka. „Poviem vám to, aby ste dopredu vedeli, lebo potom už bude neskoro plakať. Jemu neutečiete ani sa nikde neskryjete, on vás všade najde a dolapí.“

Po veľavravnej pauze otec pokračoval: „Po týchto špinavých fúzoch a polepenej brade mu tečiu z nosa smarky (sople) a vy mu to musíte zlízať”. Ani to dobre nedopovedal a my sme boli z voza preč. Od toho času sme o jarmoku nechceli ani počuť.




Recepty wychowawcze

Kiedy byliśmy jeszcze mali, Józek i ja, byliśmy jak bliźniaki. Ciekawe wszystkiego, żywe jak srebro i wymyślające niestworzone rzeczy łobuziaki. Zapewne przysparzaliśmy rodzicom sporo kłopotów. Mama nasze „zasługi“ i problemy rozwiązywała na poczekaniu, własną ręką. Ja w obronie starałem się szybko nadstawić kościste łokcie i efekt był odwrotny. Z edukacji rodzicielskiej wychodziłem bez płaczu, natomiast mama przez jakiś czas potrząsała ręką, zapewne z bólu. Moja taktyka nie była jednak trwała. Do dziś pamiętam moment, w którym mnie przejrzała. Było to akurat przy kuchni. Jedną ręką zamierzyła się, aby mnie wynagrodzić za psotę i kiedy zastosowałem swój fortel, błyskawiczne chwyciła drugą ręką polano, które klasnęło o mój niechroniony tyłek. Pamiętam też, że było to skuteczne wychowanie.

Ojciec, ten podchodził do sprawy inaczej. Oczywiście pas był czasem w robocie, ale rzadko. Stosował przede wszystkim psychologię. Jedna z licznych przygód odegrała się w czwartek, a był to czas, kiedy Łapsze należały do Polski. Każdego czwartku w Nowym Targu odbywał się jarmark. Chociaż byliśmy mali, uszy mieliśmy dobre i wiele ciekawych rzeczy zarejestrowały. Ciekawość nas zżerała jak to tam wszystko funkcjonuje i na własne oczy chcieliśmy się o tym przekonać.

Pewnego czwartku ojciec wyszykował siebie i wóz, tylko konia zaprząc. My wbiliśmy sobie do głowy, że pojedziemy z nim. Jeszcze przed ojcem siedzieliśmy na wozie, oczywiście na tylnim siedzeniu, którym była ociepka słomy. Ojciec miał problem, w żaden sposób nie udało mu się ruszyć nas z wozu. W końcu powiedział: „Słuchajcie gagatki, niech wam będzie, możecie ze mną pojechać, ale przy Florianowi, w tych dołkach żyje dziod. Ma on brudne wąsy i brodę, potargane ubranie i wielki sękaty kij. Jeśli tylko zauważy na wozie dzieci, natychmiast wóz zatrzyma i dzieci muszą mu spełnić jedno życzenie.” „Więc co? Spełnimy i pojedziemy dalej!“ mruknął Józek. Ciarki mi przeszły po grzbiecie, ale z ciekawości zapytałem jaki to będzie warunek. „Powiem wam to, abyście do przodu wiedzieli, gdyż potem już będzie za późno na płacz. Jemu nie uciekniecie ani się nigdzie nie schowacie, on was wszędzie znajdzie i złapie.“

Po wymownej pauzie ojciec kontynuował: „Po tych brudnych wąsach i posklejanej brodzie ciekną mu z nosa smary i wy mu je musicie zlizać”. Nawet to dobrze nie dopowiedział i już nas nie było na wozie. Od tego czasu o jarmarku nie chcieliśmy ani słyszeć.

Napisal fero



Na język polski przetłumaczył Janek