Karczma
W artykule wstępnym prezentującym na Stronie wieś Łapsze Wyżne wspomniano, że „…pod koniec XIX wieku (wieś) posiadała dwie jatki, kilka sklepów (i) karczmę.“ Otóż dzięki Johnowi Majercakowi, który w poszukiwaniu przodków zeskanował fragmenty mikrofilmu, dokumentującego spis powszechny ludności z dnia 31 grudnia 1869 r., otrzymaliśmy niezbity dowód na prawdziwość powyższego cytatu. Ponadto przesunął on istnienie czynnej placówki gastronomicznej o niemal pół wieku w głąb historii.
Dla mnie niezwykle ciekawym stało się nie tylko miejsce przechowywania informacji o Łapszach w USA, w bibliotece Kościoła Mormonów, ale także znajdujące się tam dane. Nie tak dawno napisałem, że po prezenty urodzinowe, zwłaszcza z okazji 75 rocznicy, należy pojechać do Liptovskeho Trnovca na Słowacji, teraz muszę stwierdzić, że po okruchy łapszańskiej historii trzeba jechać aż do Salt Lake City w stanie Utah.
John Majercak zeskanował, jak już wspomniałen, tylko fragmenty dotyczące Majerczaków oraz powiązanych z nimi rodzin Gryglaków i Malinajów. Jego babka Katarzyna była córką Valentego Malinaja i Marii zd. Griglak. Karczma i jej mieszkańcy znaleźli się w polu zainteresowania Johna z powodu służącej karczmarza Marii Griglyak. Nie znalazłem jednak w tej szczątkowej dokumentacji powiązań służacej Marii z matką Katarzyny; różnią się też ich daty urodzenia. Dzięki jednak temu skanowi dowiadujemy się o dobrej kondycji karczmy w Łapszach. Kieżmarski Żyd musiał w Łapszach dobrze prosperować, skoro zatrudniał aż dwie służące. Jedną starszą, zapewne zajmującą się urodzonymi już w Łapszach dziećmi, i drugą o 27 lat młodszą, pomagającą w obsłudze gości jako kelnerka.
Karczmę, którą wówczas prowadził Heinrich Friedmann, znajdowała się pod numerem 33 (patrz zdjęcie pt. Karczma w Łapszach). Z pobieżnych wyliczeń wynika, że to mogło być miejsce, w którym znajdował się w okresie międzywojennym ten sam przybytek, z tym że rozszerzony o sklep z różnymi drobiazgami przydatnymi w gospodarstwie domowym. Miejsce to usytuowane naprzeciw zabudowań Budzów z Kamińca (po przeciwnej stronie drogi) nazywano najpierw U Urbanki, później tuż przed II. wojną światową U Mynarki. Nie znalazłem jednak potwierdzeń, czy karczmę prowadzili Urbanka i Mynarka, czy byli oni tylko właścicielami budynków, zaś karczmą zajmował się potomek Heinricha Friedmanna odnotowanego w arkuszach spisowych z połowy XIX wieku.
Co ciekawe, w pierwszej połowie XX wieku, czyli niemal sto lat później, czynna była w Łapszach druga karczma pod którymś z numerów od 10 do 12. Nie mam pod ręką żadnego śladu pisemnego, ale mój starszy brat doskonale pamiętający jej istnienie twierdzi, że zabudowania karczmarza Berlindera znajdowały się pomiędzy Spyrką a Bigosem na „wyśnim końcu dziedziny“. W mojej świadomości opowiadane historie właśnie o tej karczmie i jej właścicielach nakreśliły obraz żydowskiej rodziny. Osobiście nie miałem możliwości ich poznania – nieco później się urodziłem – niemniej opowiadane przez brata różne historyjki, pełne sympatii wspomnienia mojej mamy czy chętnie grywane przez ojca melodie żydowskie, ukształtowały we mnie obraz w znacznej mierze pozytywny.
Nie wiem, czy takie nastawienie do osób żydowskiego pochodznia jest tylko pochodną zasłyszanych opowiadań podkoloryzowanych moją młodzieńczą wyobrażnią, czy też rodzinę tę faktycznie nie wyróżniały żadne cechy negatywne. Niektórzy twierdzą, że jednak rodzina Berlindera różniła się od pozostałych. Pomijając sobotni szabat wyróżniał ich syn „Kamsioł“ swym nieustającym śpiewem, który niejednego współmieszkańca wyprowadzał z równowagi, pomimo przepięknego głębokiego barytonu. Zdarzały się oczywiście chwile, kiedy przestawał śpiewać, ale tylko po to, aby mógł się delektować echem różnie brzmiących grzmotów wydobywanych z bata na Wyśnim Ogrodzie. Echo to odbite od Bliźniej Góry i następnych wzniesień niosło się doniośle przez całą wieś. Zasadnicza różnica pomiędzy rodziną Barlindera a rodzinami pozostałymi tkwiła przede wszystkim w sposobie zarabiania na chleb powszedni, co niektórym, zwłaszcza mężatkom nie przypadło do gustu. Jednak moja mama złego słowa nie dała powiedzieć o córkach karczmarza; przyjażniła się z nimi i lubiła ich towarzystwo.
Najlepszym potwierdzeniem całkowitej akceptacji rodziny Berlindera przez wieś i żywienia szacunku do niej nie tylko przez mieszkańców były częste odwiedziny karczmy przez Walentego Radeckiego, nazywanego Walkiem. Należy wiedzieć, że ten obywatel Stanów Zjednoczonych był – jak niektórzy mówili – zmuszany do tych odwiedzin przez swoje rącze rumaki. Minimum raz w tygodniu, a nawet częściej, woziły go do Nowego Targu. Co on tam robił pozostawało rumaków i jego tajemnicą. Zapewne był to jedynie jego interes, gdyż w powrotnej drodze na Brzeg gdzie mieszkał, w zamian pozwalał koniom na dwukrotny odpoczynek. Pierwszy przed Faltynami, drugi na „parkingu“ pod karczmą Berlindera. Radecki nie miał na to żadnego wpływu, nawet gdy użył raz czy dwa batu, konie nie ruszyły z miejsca, póki nie upłynęło pół godziny. Z postoju przed Faltynami – jak twierdzi mój najstarszy brat Fero – uciechę miały rumaki oglądając jak braciszek Józek, ulubieniec wujka Walka, systematycznie penetruje jego kieszenie, by potem podzielił się z nimi znalezionymi słodyczami.
Drugi postój był właściwie tylko przedłużeniem pierwszego, gdyż od specjalnie przygotowanego dla furmanów miejsca pod karczmą dzieliło ich zaledwie kilkadziesiąt metrów. Tam rumaki zajeżdżały w błyskawicznym tempie pokonując zakręty ze swadą, by w odpowiednim miejscu i prawidłowo jakbyśmy dziś powiedzieli zaparkować. Za pierwszym razem, jak opowiadali sobie złośliwcy, ich właściciel wypadł z bryczki wprost pod drzwi karczmy. Ci, którzy słuchali podszeptów plotkarzy, twierdzą że cały ten rytuał wyreżyserowany był przez urodziwą służącą karczmarza. Czy odnosiła ona z tego w końcu jakieś korzyści nie wiadomo, wiadomo za to, że rumaki ją uwielbiały, bo jak się później wydało, z wiader, w których przynosiła im wodę zalatywało czystą okowitą.