Studnie
<FONT size=3>
Zagłębiając się w historię naszej wsi nie należy zapominać, że do początku XX wieku była pod jurysdykcją węgierską w ramach Monarchii Austro-Węgierskiej. Pomimo obowiązującego węgierskiego języka urzędowego, nauczanego też obowiązkowo w szkołach, to jednak miejscowej administracji państwowej, jakby nie było sterowanej z Budapesztu, nie przeszkadzał język słowacki. Wszelkie bowiem papiery urzędowe, instrukcje czy formularze drukowane były w obu językach. Na Spiszu dopuszczalny był także język niemiecki o czym świadczy zachowana dokumentacja z przeprowadzonego spisu powszechnego ludności na przełomie lat 1869-1870.
W arkuszach spisowych, opatrzonych uwagami jak je należy wypełniać, znalazłem interesujący fragment, który mnie najpierw rozbawił: „1. Kroz bývajúcu stránku do oznamného hárku vpísať sa majúci, ešte nie samostatní údovia rodiny majú aj vtedy do zápisu sa vziať, keď v krajine alebo von z hraníc krajiny, v daktorej rakúskiej provincii alebo v cudzozemsku, alebo v skutočnej službe pri riadnom vojsku dočasne alebo trvácne vzďalení sa nachádzajú.” (podkreślenie moje). Co w skrócie oznacza, że do arkusza spisowego wpisani mają być również ci członkowie rodziny, którzy w kraju lub poza granicami państwa, bądź w którejś prowincji austriackiej, bądź na obczyźnie się znajdują. Potem jednak uświadomiłem sobie, że spisu dokonywano już po oficjalnym ustanowieniu Monarchii Austro-Węgierskiej, w której Węgry utrzymały samodzielny byt państwowy. Austro-Węgry w stosunkach zewnętrznych były bowiem jednym państwem, natomiast wewnętrznie stanowiły dwa państwa: austriackie i węgierskie.
Przywołując powyższy cytat z arkusza spisowego, nie chcę wypominać Węgrom zapędów wielkomocarstwowych, bo już sam fakt dopuszczenia w dokumentach urzędowych niewęgierskiego języka świadczy o pewnej tolerancji. Chcę natomiast przez to zwrócić uwagę na daleko idący wpływ „prowincji austriackich“ na pozostałe prowincje monarchii, w tym na Węgry i nasz Spisz. To dzięki Wiedniowi docierały z zachodu na tereny podporządkowane cestarstwu austriackiemu a później monarchii nowinki techniczne i kulturowe dużo szybciej, niż do innych regionów środkowej i wschodniej Europy, pozostających chociażby pod wpływem rosyjskim. Już na początku XIX wieku w naszej dziedzinie dbano o poprawę poziomu życia jej mieszkańców w wielu zakresach. W tej notatce chciałem się skupić jedynie na staraniach o utrzymanie porządku sanitarnego w całej wiosce. Do osiągnięcia tego celu przyczynił się – oczywiście oprócz wielu innych podejmowanych działań z zakresu higieny – także pomyślne wdrożony plan dostępu do wody pitnej.
Polegał on na budowie sieci studni z nieograniczonym dostępem. Mógł z nich korzystać bez wyjątku każdy miejscowy i przyjezdny. Usytuowane bowiem były wzdłuż głównych i bocznych ciągów komunikacyjnych. Ich głębokość, znacznie większa od tych drążonych w podwórkach poszczególnych gospodarstw, zapewniała krystalicznie czystą i smaczną wodę, a ponadto nie zamarzanie podczas srogich zim. Fakt ten był nie do przecenienia, gdyż znaczne ilości niezbędnej wody dla inwentarza, zwłaszcza bydła, nie dostarczała podczas zimy pokryta grubym lodem rzeka.
Sieć studni publicznych była gęsta. Przyjmując za podstawę odległość jednej studni od drugiej, które przetrwały do lat czterdziestych XX wieku, można ich ilość w początkowym stadium eksploatacji, czyli w pierwszej połowie XIX wieku, z wielkim prawdopodobieństwem określić na 20-30. Jak na jedną małą wieś (ok. 160 numerów) to sporo. W skali całego cesarstwa to musiało być przedsięwzięcie imponujące. Skąd taki szacunek? Otóż pod koniec lat czterdziestych i na początku pięćdziesiątych XX wieku, kiedy to mieszkaliśmy na Brzegu, sam brałem dla krów wodę ze studni znajdującej się po drugiej stronie drogi naprzeciw domu Radeckich. Przy czym na podwórku mieliśmy studnię tylko dla siebie. Do tej publicznej przychodził po wodę oprócz mojego brata Józka i mnie również Hajcy, Kałafut, Bylinka i jeszcze jeden sąsiad, przydomka którego nie pamiętam. Niedaleko nas, za Koniockiem była następna, a w pobliżu Królków następna. Z drugiej strony pamiętam studnię w okolicy Łapsana i Łojka. Z jednej więc studni jak sądzę korzystało od 5 do 8 gospodarstw.
Mój brat Fero pamięta studnie w pobliżu domu Drążków i Husara na Brzegu oraz przed Mazurkiem na górnym końcu wioski i najsłynniejszą przy farze (plebanii). Ja też ją pamiętam, ponieważ jako ministrant chodziłem tam gasić pragnienie. Studnia ta słynęła z bardzo zimnej wody. Pijali z niej wodę nie tylko najbliżsi sąsiedzi i spragnieni uczestnicy niedzielnych mszy w upalne lata, ale także przyjezdni zatrzymujący się w Łapszach w interesach, jak chociażby robiący zakupy w miare dobrze zaopatrzonych sklepach i jatkach. Podejrzewam, że stała się ona znana w okolicy nie tylko ze względu na strategiczne umiejscowienie, czyli w pobliżu kościoła i szkoły. Parę kroków dzieliło ją też od karczmy Berlindera. Furmani zatrzymujący się na postoju pod karczmą oblegali często studnie prowadząc dysputy, nieraz dosyć głośne, podczas czerpania wody dla koni.
Trzecia studnia, która wśród członków mojej rodziny zachowała się w pamięci, usytuowana była przy głównej drodze (dziś zwanej ulicą św. Floriana) przed domem Mazurka. W pobliżu jego najbliższych sąsiadów Knutla, Krzysika, Kościelnika i dalszych jak Trybszon, Łejzy z Murów, Cyrył i Faltyni. Zapamiętana ona została nie ze względu na walory smakowe czerpanej z niej wody, czy głównego jej przeznaczenia, tj. zapewnienia dla mieszkańców wody w ogóle, lecz z powodu miejsca, które swym stromym ukształtowaniem dostarczało w zimie młodszym i starszym dzieciom wiele uciech i nieoczekiwanych przygód dzięki rozlewanej wokół studni wody, która ściekając po skarpie nieistniejącą już dziś drogą przez Dziurówkę tworzyła naturalne lodowisko.
(Patrz zdjęcie w większym formacie pt. Mapka wyśniego końca)
Do studni publicznej posyłano zazwyczaj dzieci starsze, które już pomagały w gospodarstwie. A ponieważ była zima i wody dla bydła było potrzeba sporo, pomysłowi młodzi ludzie dla przyspieszenia wykonania zadania ustawiali na sankach drewniane szafliki, do których można było wlać kilka wiader. Balie te jednak miały to do siebie, że przy każdym poruszeniu sanek wychlapywała się z nich woda na wszystkie strony. Nie mówiąc już o tym, że sanki zgodnie z powiedzonkiem ‚złośliwość rzeczy martwych‘ same ruszały z miejsca i trudno je było dogonić. Na ogół porzucano pełne wiadra wody i ruszano w pościg. Taki jednak obrót sprawy wspomagał samoczynnie powstające lodowisko, z którego już i młodsze dzieci miały nie byle jaką frajdę.